Archive for March, 2013

“Tatuaże nosi – więzień jeb……” – ROZUM, GŁUPCZE!

-„(…) przecież to zostaje na całe życie!” Tatuaże w pracy

– O’rly? Thank You Captain Obvious!

“Jedyna różnica między ludźmi z tatuażami, a tymi bez, jest taka, że ci wytatuowani nie przejmują się brakiem tatuaży tych niewytatuowanych.”

 “Po co to robisz?”

Trzeba by wielu godzin chillowej rozmowy, żeby to wszystko uchwycić.

„Ale jak, będziesz stary, Twoja skóra będzie pomarszczona… jak będzie wyglądał starszy człowiek z tatuażami?”

Jak będę stary, to będę dumny z każdego tatuażu na starej skórze. Patrząc na te obrazy będę przypominał sobie czasy swojego własnego rock’n rolla, Criminal Tango, przyjaciół na zabój oraz głośnej i pięknej Warszawy nocą. Ok, faktem jest, że tatuaże nie wyglądają zbyt atrakcyjnie na pomarszczonej skórze…  Ale czy będąc starym człowiekiem (o ile dożyję) naprawdę będzie liczył się dla mnie wygląd? Nie sądzę.

Tatuaże w pracy?

Jeżeli ktoś swoją karierę zawodową łączy głównie ze swoim wyglądem – ok, tatuaże mogę mieć znaczenie. Jednak pogląd, że „możesz mieć problemy ze znalezieniem pracy” jest dla mnie absurdalny. Może zabrzmi bałwochwalczo, ale nigdy nie miałem problemu z pracą/studiami ze względu na tatuaże. Studia? Jedne skończyłem (pomimo paradowania w krótkich spodniach) sukcesem, drugie właśnie kończę – nigdy tatuaże nie wpływały na przebieg studiów, czy kontakt z wykładowcami (Wykładowcy – szacun dla Was). Praca? Dobra, też żeby nie było – nie wszędzie szanowne otocznie w pracy w ogóle wie/wiedziało o tatuażach, jednak jestem przekonany, że nie stanowiłyby one większego problemu. Ogarnięty człowiek poradzi sobie w życiu zawodowym zarówno z niewielkim tatuażem na łopatce, czy łydce, jak i z „rękawami”, czy wytatuowaną szyją. Warunkiem jest głowa na karku i umiejętność na poziomie min. +3, zwana myśleniem. Jeżeli natomiast ktoś kogoś skreśla zawodowo za wygląd, u mnie jest skreślony na całej linii. (mam jednak wrażenie, że takie zjawisko występuje coraz rzadziej – na szczęście!) Pielęgniarka z tatuażem nie robi gorszych zastrzyków od tej bez tatuaży. Manager agencji reklamowej z tatuażami na ciele niczym nie różni się od tego bez. Wytatuowany wykładowca akademicki? Jeżeli ma wiedzę i zdolności nauczycielskie – jak najbardziej tak. CEO wielkiej korpo z tattoosmi? Nie widzę przeszkód.

I na zakończenie moja absurdalna myśl (opracowana dziś rano w drodze do pracy). Tak, wiem, że jest mega absurdalna, ale podoba mi się i mam wrażenie, że jednak coś w tym jest 🙂

Jeżeli uważasz, że to głupie określać się i naznaczać na całe życie, to lepiej uciekaj z internetów, bo tu wszystko co publikujesz (nawet niechlubne zdjęcia z imprezy, które prędzej czy później będziesz chciał usunąć) również zostaje na zawsze. Jak widzisz, niczym nie różnisz się od ludzi wytatuowanych, więc po prostu wstrzymaj się od głupich komentarzy. 🙂

(Żeby było jasne, tatuowanie ciała ≠ bycie freakiem z kłami, implantami i skaryfikejszyn modyfikejszyn).

A na koniec kilka smaczków:)

[kliknij, żeby powiększyć]

Z wężem na dłoni   Czy pracodawcy lubią tatuaże    Opinie   Strona 2   Praca   WP.PL Problem w pracy   Czy pracodawcy lubią tatuaże    Strona 3   Praca   WP.PL Onet Blog   największy polski serwis blogowy  blogi znanych  nastolatków i dorosłych Kelly Osbourne  Tatuaże to pomyłka   Muzyka w INTERIA.PL   teledyski  koncerty  nowości płytowe  dobra muzyka  listy przebojów

LINKI:
http://www.facebook.com/tatuaz.w.pracy?fref=ts
http://www.facebook.com/ThINKequality?fref=ts

Mr Spil a.k.a Toxic Disko.

Advertisements

, , , , ,

6 Comments

Zeznanie z dnia 19 marca 2013 r. “Wyjazd na Białoruś”

Poniżej tekst warszawskiego hulaki, a zarazem basisty Criminal Tango, z którym mam… przyjemność grać i dzielić większość nocnych podbojów Warszawy. Nie mam zastrzeżeń do żadnego słowa poniższej relacji – tak było.

672_464281920307270_466483394_n

Cytując, w drogę:

Cała historia zaczęła się jeszcze w piątek w jakże znajomym nam szynku przy Krakowskim Przedmieściu. Gdzie zgodnie z zakazem pojawili się, a potem wypłynęli bracia Sz. [hue hue hue- przypis redaktora Spila:)] i M. Jak zwykle szampańska impreza zaowocowała świetnymi humorami mimo wczesnej godziny na Dworcu Kolei Warszawsko–Terespolskiej.

O 7:55 pociągiem „Hańcza – Jim Beam” zespół wyruszył na podbój wschodnich granic. „Prowiant” skończył się przed tuż przed pierwszą stacją, a Białystok daleko. W końcu doczłapaliśmy się zarówno do sklepu, jak i do stacji docelowej pociągu – Sokółki. Malowniczy dworzec w sercu Podlasia tylko rozbudzał nasze apetyty. Tam Wasz drogi narrator traci swoją pamięć w niewyjaśnionych okolicznościach.

Przebłysk świadomości następuje na przejściu granicznym w Grodnie, gdzie mierzy go swym czujnym spojrzeniem białoruski pogranicznik. Ku zdziwieniu reszty załogi, wszyscy przechodzimy pozytywną weryfikację, a już za drzwiami urzędu celnego czeka na nas Igor – nasz grodzieński dobroczyńca. Po spacerze ulicami miasta okazuje się, że enigmatyczna nazwa na plakacie koncertu to Dom Oficera Polskiego, gdzie mieliśmy występować.

Kapele białoruskie nadały naprawdę wysoki poziom grania, dlatego mocno stremowani i zmotywowani weszliśmy na scenę. Tutaj warto podkreślić, ż świetny koncert dał Crow Dog Clan z Mińska, który serdecznie pozdrawiamy
i mamy nadzieję, wkrótce zobaczymy  w Warszawie.

Od pierwszego momentu szaleńcze pogo w wykonaniu spragnionej rock’n rolla ekipy. Co nas najbardziej zdziwiło to młyn, który urządzili pod sceną. Coś pięknego. Warto tutaj wspomnieć, iż Igor przygotował koncert z najwyższą starannością, a sprzęt, na którym graliśmy przyprawił nas w osłupienie. Marschall, Ampeg, Tama i elvisowskie mikrofony to rzadkość – szczególnie w Warszawie:)

Po koncercie trwały długie rozmowy z lokalną ekipą, picie wódki z gwinta
i standardowo – uczenie się powiedzonek i soczystych sentencji w obcych językach. Mimo mroźnego wieczoru, na nocleg zdecydowaliśmy się iść pieszo zwiedzając zakamarki urokliwego Grodna, mając w myślach historię tego miasta. Każdemu włóczykijowi zdecydowanie polecamy to piękne miasto. Po wyczerpującym spacerze, dotarliśmy na nocleg. Co było naszym kolejnym zdziwieniem – mieszkanie na 13 piętrze wieżowca na wzgórzu. Widok z tego mieszkania był na tyle bajeczny, że upiliśmy się ze szczęścia wznosząc toasty za zniesienie granic, za przyjaźń białorusko-polską, przyjaźń polsko-rosyjską oraz na pohybel Łukaszence…

Poranek był straszny – zimny dworzec autobusowy, gruby, upierdliwy kierowca i perspektywa długiej podróży do Mińska. Ciasny busik sunął powoli przez białoruskie drogi, pokazując nam niewątpliwe piękno tego kraju. Mińsk przywitał nas wyjątkowo mroźną, lecz słoneczną pogodą, ale to nic. Całą sytuację uratowały krajowe produkty przemysłu spirytusowego – nie, żadne tam ordynarne chlanie – dla zdrowotności. Tutaj dworzec, tam park, obok Dynamo Mińsk, tam Lenin. Mińsk pełną gębą, gdzie poznaliśmy zarówno smaki Białorusi jak i kuchni azerskiej z przemiłą obsługą.

W końcu,  popołudniu dotarliśmy do naszych gospodarzy na nocleg, których serdecznie pozdrawiamy: Andrej, Siergiej i Julia. Wegańskie pierogi ruskie, które nam zaserwowali to istne niebo w gębie. Po krótkiej regeneracji ruszyliśmy do klubu, gdzie przed lokalem zastaliśmy wielką lodówę milicyjną. Andrej przekazał nam, że koncert jest na oku służb, co mile połechtało nasze wątroby. Próba dźwięku, sklep i dawaj na miasto zrobić zdjęcie z Leninem. Szybki powrót metrem i przygotowanie do koncertu… Zimno było.
Tak jak w Grodnie – mińskie kapele grają naprawdę na wysokim poziomie co po raz kolejny wpłynęło na nasze  nastroje i ambicję. Efekt? Spila i Patryka, publiczność nosiła na rękach, Białorusini śpiewali „Warszawskich Bikiniarzy”, zaś pod sceną fruwał szalik antyfaszystowskiej ekipy Polonii Warszawa. Szacun!! Koncert mega energiczny i zaliczony do jednych z najlepszych. Sprzęt odwieziony – pora na miasto!

Zwiedziliśmy co tylko było można nocą w Mińsku, a zasługą tego jest nasz kamrat Oleg, który robił za naszego przewodnika, ochroniarza i tłumacza. Oleg dziękujemy (i czuj się zaproszony do Warszawy z gwarancją należytej gościny)! Odwiedziliśmy stację metra, na której był zamach w 2011 roku, lokalne knajpy, różową ulicę, park, Wyspę Łez, stare miasto i na koniec… jedyny nocny sklep monopolowy, w którym zdarzyła się ciekawa scena…

Wchodzimy wesołą bandą do sklepu wybierając rozmaite gatunki kiełbas, pieczywa serów i ogórków. Potężny ochroniarz łypał na nas spode łba trzymając czujnie na oku. Stanęliśmy przed wielką szafą wódek, z głośników leciał znajomy głos. Spilu bez zastanowienia krzyknął: „Chłopaki Leningrad
w radiu” – „Niemożliwe”. Wtem, ułańska fantazja kazała spytać sklepowego kafara o trafność spostrzeżenia. Na pytanie „Izwienitie, eta Leningrad?” ochroniarz zmienił nagle swoją minę zbója na ucieszonego, szeroko uśmiechniętego melomana. „Da! Leningrad, ta wódka najlepsza” – wskazując na jedną pozycję. Od tego momentu całkowicie zmienił nastawienie do ekipy.

Po spożyciu produktów, nastał czas drogi krzyżowej przez bardzo zimny Mińsk. Doszliśmy do noclegu, gdzie tylko zdążyliśmy się ogrzać i musieliśmy ruszać na dworzec. Okazało się, że tanie jak barszcz bilety są przeznaczone na wagony sypialne typu „platzkarta”.

O serdeczności narodu białoruskiego może świadczyć chociaż to, jak ucieszony podszedłem do milicjantów szukając „prowiantu” na drogę. Rozbawieni stanem turysty, żołdacy z uśmiechem wskazali drogę. Potem było tylko ciekawiej. Podróż do Warszawy trwała 13 godzin, przesiadaliśmy się 5 razy, ale znajomości kolejowe będą na pewno niezapomniane 🙂

Kończąc tę relację powiem, że wyjeżdżając za wschodnią granicę mieliśmy wrażenie, iż jedziemy do kraju zniewolonego, biednego i dzikiego, co zostało brutalnie zweryfikowane. Zastaliśmy tam serdecznych ludzi, czyste ulice, brak reklam, PRZEPIĘKNE KOBIETY, świetną wódkę, zdrowe jedzenie oraz taki sam zgiełk wielkiego miasta jak Warszawy, Berlina czy… Grójca. Telewizja kłamie.

Wyjazd zaliczamy do naprawdę udanych i każdemu polecimy wypad na sąsiednią Białoruś. Tutaj chcieliśmy jeszcze raz podziękować ludziom, którzy sprawili, że ten wyjazd wyglądał jak wyglądał, a w szczególności Igorowi, Aciomowi, Andrejowi, Julii, Siergiejowi, Olegowi, Wladowi, Ivanowi, Brunkildzie, Lizie, Pawłowi oraz całej załodze grodzieńskich i mińskich bikiniarzy.
Mamy nadzieję, że w przyszłym roku znów uda nam się odwiedzić sąsiadów ze Wschodu.

Гародня i Мiнск – гэтыя канцэрты мы запомнiм надоўга. Дзякуй вам, Беларускiя Сцiлягi.


1884_464282713640524_1907534385_n

Bikiniarstwo na Białorusi

chcesz więcej? kliknij: GALERIA ZDJĘĆ

[Autor relacji: Patryk MacLaren]

, , , , , , , , ,

Leave a comment

Nudno za deckami? Podkręć bas!

Fani niebanalnej imprezy, daję Wam wiedzę… Wiedzę Tajemną, która sprawi, że to co robi DJ w trakcie grania kawałków, nigdy już nie będzie wyglądało tak samo…

Do konkretów…

DJ-GIG

Typowe zachowanie DJ-a za deckami: 

(Jeśli nie chce Ci się czytać całości, przejdź do punktu ‘d’)

a) ustawia numer – słuchawki na uszach (albo opcja bardziej “elo”, słuchawka do ucha przyciśnięta ramieniem) i skupiona mina to podstawa. Majstruje przy playerach, bądź gramofonach. Mina staje się jeszcze bardziej skoncentrowana… i jest! Udało się! Odnalazł moment, który idealnie wpasuje się w dynamikę i dźwięki obecnego numeru.

b) wraca do zabawy – przybije komuś piątkę, puści oczko, poskacze razem ludźmi, pomacha łapami itd… Niektórzy zabłysnął jakimś efektem – może jet, może wah, a może flanger. Skrecze, skrecze, skrecze…  Zaraz, zaraz zbliża się charakterystyczny moment w piosence – DJ wyciszy poszczególne tony i nagle BUM! – lecimy dalej!

c) performance – czyli wszelkiego rodzaju inwencja twórcza DJ-a, trudno powiedzieć o jakiś konkretach. Jedni się przebierają, inni odpalają wzmacniacze, albo napełniają szkło (koniecznie, żeby ludziska widzieli – “wow, jaki imprezowy DJ”). Do tej pory wszystko w normie.

I przychodzi czas na moją ulubioną czynność, wykonywaną (mam nadzieję, że) nieświadomie przez KAŻDEGO DJ’a. 

d) dłubanie przy mixerze* – rzecz jasna nie da się cały czas skakać,  polewać, screach’ować, męczyć ludzi efektami, robić istny harlem shake. Co jakiś czas DJ przystanie… ALE NIE MOŻE DAĆ PO SOBIE POZNAĆ, ŻE NIC NIE ROBI! O NIE! W takich sytuacjach chce zwieść nawet samego siebie! Najlepsze rozwiązanie? Dłubanie przy mikserze – tadaaam! Cały czas delikatnie dotyka pokrętła odpowiadające za poszczególne tony z przekonaniem, że od poprawki do poprawki dźwięk jest coraz lepszy:

“Dodam odrobinkę basu… ooo! Ale zaraz, zaraz… teraz muszę zmniejszyć troszkę wysokich… Jest idealnie! Hm… będzie lepiej jak zmniejszę basy i dodam średnich…”

djing_2_by_cooroanima-d34lwg7

Wygląda dobrze, jakby każda nuta w kawałku wymagała dopieszczenia, a bez jego ingerencji wszystkim pękłyby uszy… A tak naprawdę, w rezultacie – NIC SIĘ NIE ZMIENIA 🙂 Nie wiem skąd to się bierze, ale zaobserwowałem to zarówno u siebie, jak współtowarzyszy decków

Z resztą, drodzy fani niebanalnej imprezy,  sami zwróćcie  na to uwagę – z wiedzą, którą teraz posiadacie, wygląda to naprawdę zabawnie! 🙂

*rzecz jasna nie chodzi o faktyczne ustawianie tonów w poszczególnych numerach, bo to trzeba ogarniać praktycznie przy każdej piosence.

Toxic Disko a.k.a MrSpil

, , , , , , , , , , , , ,

2 Comments

Raz, dwa, trzy – blachara patrzy!

Że niby DJ-ing to tylko zabawa za fajną kasę, spełnienie pasji i płaszczyzna do samorealizacji? O nie, nie, nie… to też między innymi zmagania się z upierdliwcami! 🙂 Otóż jest kilka charakterystycznych typów  zawracaczy dupy DJ-om. Tym najbardziej irytującym, pomimo swojej subtelności i faktu, że (podobno) można go zignorować, jest typ…  “Raz, dwa, trzy – blachara patrzy!”.

doda

Jak sama nazwa wskazuje, ten typ głównie reprezentują panie w wieku ok. 25+, niezależnie od okazji ZAWSZE na szpilkach, z lekka tandetny strój, nie mówiąc o makijażu. Zdarza się też, że spod obcisłej bluzeczki wylewa jedna, dwie fałdki, lecz to nic nie szkodzi, bo przecież błyszczące cekiny odwracają od nich uwagę. Najgorsze jest to, że trzymają się w małych grupach – po dwie/trzy blacharki, gdzie jedna jest zawsze blach-liderem ekipy.

Ok, ale na czym polega syndrom “Raz, dwa, trzy – blachara patrzy“? Otóż zdarza się tak, że blacharka podejdzie i zagada stałym, podręcznikowym dla DJ-ów tekstem:

– Ej, DJ puść coś do tańczenia.

– Ale przecież jest pełny parkiet, ludzie się bawią, ja się bawię, jest ok…

– Ale Majorkę puść, albo chociaż Ona tańczy dla mnie.

– ….

Jeśli myślisz, że na tym koniec to się GRUBO mylisz. Najgorsze w tym wszystkim jest to,  że potem przez całą imprezę czujesz na sobie zniesmaczony wzrok parkietowych blacharek. Wtedy już nie myślisz o graniu, selekcji, mash-upach, a w głowie masz  tylko “nie złap kontaktu wzrokowego, stary!”. Niestety jest tak, że nie da się tego zignorować, no chyba, że jesteś niewidomym DJem. Załóżmy, że stało się. Jest kontakt wzrokowy, na który przez cały czas czeka blacharka, tylko po to, żeby zakomunikować Ci, że impreza jest do dupy. Czeka tylko po to, żeby pokazać swoją dezaprobatę dla aktualnego kawałka- przypomnę, że parkiet jest cały czas pełny, a impreza rozkręcona na 100%.

Blacharko, mam propozycję: jak Ci się nie podoba muzyka, lub cokolwiek innego w danym klubie – po prostu zmień lokal.

Bracia DJe, bądźcie twardzi, nawet z przerażającym poczuciem zniesmaczonego, blacharkowego wzroku!

Be Toxic.

, , , , , ,

Leave a comment